COACHING. JAK DZIAŁA I JAKIE PRZYNOSI REZULTATY?

Wiele osób, gdy dowiaduje się, że jestem Coachem pyta: „Czym w ogóle jest ten coaching? O co w tym chodzi? oraz „Jak pracujesz? Co robisz z ludźmi?” i ostatnie, które często się powtarza to: „Dlaczego Chrześcijański Coach?” Mogłabym odpowiadać używając książkowych formułek, ale myślę, że o wiele lepiej będzie, gdy przedstawię moją pracę na podstawie poniższych historii. Być może odnajdziesz się wśród nich, być może poruszają właśnie jeden z Twoich problemów.

Jestem pasjonatką rozwoju osobistego i wprowadzania zmian w życie od wielu, wielu lat. Spokojnie mogę powiedzieć, że przynajmniej od ponad 10. Masz, więc do czynienia z praktykiem w tej dziedzinie. 😉 Natomiast, jako  Coach działam już od ponad 7 miesięcy. Skończyłam kursy, odbyłam praktykę, ale i tak ciągle się uczę i dokształcam. Dlaczego? Bo zmiana jest płynna i trzeba umieć się dostosować. Tak w wielkim skrócie. Poza tym prawdziwy trener rozwoju osobistego daje przykład swoją osobą, nie tylko motywuje, ale także inspiruje i pokazuje na swoim przykładzie i innych ludzi, że naprawdę można wyznaczyć sobie cele i je zrealizować. 🙂

Greench, młody student, który zaczął opuszczać swoją strefę komfortu

Greench

Nazywam się Zielony, choć przyjaciele mówią do mnie Greench. Wy możecie się tak do mnie zwracać. Jestem jeszcze młodą rośliną i tak naprawdę wszystko przede mną. Mój problem jest taki, że nie widzę problemu. Żyję szczęśliwy w swoim środowisku, ale posłuchaj co o mnie powiedziała moja ciotka:

„Zielony to rozkłada ręce, bo nie wie co chce w życiu robić. Niedługo skończy studia i co dalej. A jak nie dostanie pracy w swojej branży? On w ogóle nie rozwija swoich zainteresowań!”

Poczułem się dziwnie. Całe studia ciężko pracowałem, żeby dobrze je ukończyć i miałbym nie dostać pracy w swoim zawodzie? Nie mogłem w to uwierzyć. I też nie chciałem się zgodzić, że nie rozwijam swoich zainteresowań. Kiedy przyszedł ostatni rok studiów poczułem się jakoś nieswojo na myśl, że będę musiał opuścić uczelnię. Tak dobrze się tutaj czułem. Oblałem ostatnie egzaminy i nie oddałem pracy magisterskiej na czas… Moje studiowanie ostatecznie przedłużyło się o całe 2 lata, ale byłem z tego faktu zadowolony. Mogłem być dłużej ze swoją dziewczyną, która swoje studia zaczęła 3 lata później. Jednak pod naciskami rodziny zacząłem szukać pracy.

Proroctwo ciotki sprawdziło się, co do joty. Trafiłem na czas, kiedy był wysyp informatyków i się okazało, że o dobrą pracę wcale nie tak łatwo, a ja nie chciałem zostać cieciem od reperowania kompów, bo moja specjalizacja to programistka. Wtedy usłyszałem od znajomego, że ja to jakiś ograniczony jestem i że nie chcę wyjść ze swojej strefy komfortu, bo nie chcę żadnych zmian.

Nie wiedziałem co to jest ta strefa komfortu. Kiedy przeszukałem internet i trafiłem na strony poświęcone psychologii lub poruszające rozwój osobisty oczy mi się otworzyły i temat mnie wciągnął. Co mogłem robiłem sam, czytałem artykuły, próbowałem zmieniać nawyki, ale dalej nie bardzo wiedziałem, co ze sobą robić. Nie zawsze mi to wychodziło tak, jakbym chciał.

Teraz się przyjrzyj mojemu zdjęciu. Widzisz? Wyglądam na zdrową roślinę, która ma korzenie, błyszczące liście, ale jestem ograniczony słoiczkiem z wodą. Jeśli się mnie nie przesadzi do doniczki z ziemią nie mam szans wzrastać. Kiedy zrozumiałem, co mnie blokuje i że potrzebuję motywacji i pomocy w „przesadzeniu”, czyli wyjściu z tej strefy komfortu, sięgnąłem po coaching.

Mój „Kołcz”, jak go zwykłem nazywać, pomógł mi dostrzec tę strefę komfortu, wydobyć na wierzch moje mocne strony i razem pracowaliśmy nad tym, by sukcesywnie realizować cele, krok po kroku. Jego trzeźwe patrzenie na sytuację, wsparcie i mądrze zadawane pytania spowodowały, że odnalazłem swoją „ziemię”, gdzie zapuściłem korzenie i pokonałem blokady: jedna, po drugiej. Do nich należały: brak wiary w siebie, przekonania, że nie znajdę pracy, lekceważenie swojego rozwoju i zainteresowań. Teraz jestem już innym facetem (ups! znaczy kwiatkiem 😉 i nawet moja żona mówi z dumą: „Wydoroślałeś, jesteś inny, niż na studiach. Lepszy.”

Myślę, że otwartość na uwagi innych była kluczem do zmian u mnie. Życzę Ci takiej otwartości do przyjmowania krytyki.

Blanka, ambitna perfekcjonistka, która szukała równowagi między pracą a odpoczynkiem

Blanka

Cześć jestem Blanka. Tak, jak widzisz jestem kwiatkiem. Nie, nie dyskryminuj mnie z tego powodu! Moja historia jest naprawdę bardzo ciekawa.  Jeśli znasz życie na studiach to pewnie nie zaskoczy Cię fakt, że wtedy nie zwracałam zbyt dużej uwagi na zdrowie. Często przesiadywałam po nocach, a to trochę się uczyłam, a to imprezka z przyjaciółmi, a to pisałam na Fb ze znajomymi, którzy też nie mogli spać. Wtedy jakoś się nie przejmowałam, że czasem wrócę z kacem do domu albo nie zmyję makijażu z twarzy. Do czasu… Jak to bywa, również pracowałam. Byłam taka młoda, pełna energii, mogłam spać raptem po kilka godzin.

Wiesz w pewnym momencie mojego wspaniałego życia zaczęłam chorować. Cała uschłam i najpierw straciłam kilka kwiatków. Pomyślałam sobie wtedy, że to jeszcze nic takiego. Każdy się starzeje… Liście jeszcze się trzymały, choć powoli zmieniały kolor. Po studiach zaczęłam pracę w korporacji. Wszyscy mnie zachęcali, bo dobre pieniądze, fajne stanowisko i jeszcze mogłam osiągać wiele sukcesów. Wkręciłam się, choć moje ciało, coraz bardziej domagało się odetchnienia. Ja pracowałam i pracowałam, bez ustanku. Ostatecznie trafiłam do szpitala. Nie miałam już żadnego kwiatka, a wiele liści należało usunąć.

Kiedy wyszłam ze szpitala zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak mogę zmienić moje życie, by ponownie nie wpaść taki wir. Trafiłam najpierw na terapię, ale trwało to krótko. Tak naprawdę nie potrzebowałem jej. Byłam silną psychicznie osobą (ups! znaczy kwiatkiem ;), ambitną, która umiała wyznaczać sobie cele i je realizować. Moim problemem był brak równowagi między pracą, a odpoczynkiem. Brzmi znajomo? Szukałam innej formy pomocy…

Chodziłam do psychologa, który częściowo mi pomagał, ale wciąż mi czegoś brakowało. Poza tym miałam dość słuchania jego rad. Niektóre były trafione, inne w ogóle mi nie pomagały. W końcu zaproponował mi skorzystanie z coachingu. Zaciekawiona przeszukałam internet, żeby dowiedzieć się coś więcej. Trafiłam na klika propozycji, ale w końcu znalazłam swojego coacha.

Moja coach pomogła mi w wyznaczeniu życiowych priorytetów i ułożenie ich w sensowną całość. Skupiłam się na najważniejszym aspekcie. Jej prowadzenie bardzo mi pomogło i co zaskoczyło mnie, że nie dała mi żadnych rad. Zadawała pytania, ale czujna jak kot, od razu wyłapywała błędy myślenia. Kiedy mówiłam jej, że nie dam rady czegoś zrealizować, bo za bardzo się przyzwyczaiłam do tego stylu życia to mi zadała pytanie: „Kiedy Twoje życie wyglądało inaczej, niż obecnie?” To mi uświadomiło, że sama doprowadziłam swoje życie do takiego stanu i że nie zawsze ono tak wyglądało. Oświeciła mnie myśl, że skoro potrafiłam zmienić w tę stronę to mogę również w odwrotną. Od tego się zaczęło. Najpierw uwierzyłam w możliwość zmiany, a później wyznaczyłyśmy już konkretne kroki ku naprawieniu mojej rzeczywistości.

Wiele razy w procesie wracania do zdrowia i szukania równowagi w życiu zawodowym i prywatnym chciałam ponownie wrócić do starych nawyków: siedzenia po 14 godzin w biurze, praca na komputerze w nocy, śmieciowe jedzenie, ale byłam w ciągłym kontakcie z moim coachem. Mogłam liczyć na jej pomoc. Jak widzisz zmiana odżywiania, odpoczynek, przebywanie w innym środowisku sprawiło, że nie tylko odbudowały się moje liście, ale także na nowo rozkwitłam.

Historia Reda, właściciela firmy, który sceptycznie podchodził do coachingu

Red

Jeśli wydaje Ci się, że jestem młodą roślinką, która dopiero wzrasta to jesteś w wielkim błędzie. Moja historia jest zupełnie inna od tych powyżej, choć może się wydawać podobna do opowiadania Blanki, gdyż zostałem zaatakowany przez mszyce, które całkowicie zjadły moje liście. Oh, zapomniałem się przedstawić. Wybacz mi moje maniery. Nazywam się Red, od czerwonych kwiatów, które zazwyczaj miałem. Straciłem wszystko i „liście i kwiatki”: pracę, dom, samochód. Firma, w której pracowałem zbankrutowała. Z pensji żony nie byliśmy w stanie dalej spłacać kredytów.

Wieloletnie doświadczenie sprawiło, że chciałem założyć własny biznes przez wielkie „B”. Gdzieś głęboko nie wierzyłem, że jest to możliwe. Najpierw ze wszystkim trafiłem do mentora, który mnie poprowadził od początku, dosłownie jak chłopca za rękę. Miałem szczęście, bo jego rady i doświadczenie okazały się strzałem w dziesiątkę. Dostaliśmy dotację od UE. Mimo tych sukcesów, wewnętrznie czułem się totalnie wypalony po ostatniej pracy. Brakowało mi przekonania, że moja wiedza i umiejętności będą wystarczające, żeby prowadzić własną firmę.

Moja żona, Rosa, która jest chodzącym aniołem, wiedziała, że nie przyjmę od niej żadnej formy pomocy. Znała mnie za dobrze. Dlatego przesłała na mój e-mail wiadomość z informacją o coachingu. Zacząłem sprawdzać tematu. Nie lubię wyrzucać pieniędzy w błoto, a ten cały coaching wydał mi się szarlataństwem. Psychologów też nie lubię. Jednak czytając pozytywne opinie i to jak zmieniło się życie ludzi po tej formie działań postanowiłem spróbować.

Pierwsze spotkanie było dla mnie dość dziwne. Oczekiwałem, że usłyszę konkretne wytyczne, co mam robić, a to właśnie mnie zapytano, co mogę zrobić z tą sytuacją, jakie mam pomysły. Po skończonym spotkaniu byłem poddenerwowany, ale te pytania do mnie wracały. Mój umysł zaczął mocno pracować i zacząłem spisywać spontaniczne pomysły.

Przy następnym spotkaniu przedstawiłem swoją listę i padło pytanie:

„Który z tych pomysłów jest najbardziej realny do zrealizowania według Ciebie?”

Ułożyłem hierarchię i następne pytanie:

„Jakie zdolności już posiadasz, które mogą Cię przybliżyć do osiągnięcia tego przedsięwzięcia?”

Gorączkowo myślałem, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Mój pomysł był dość nowatorski, więc byłem przekonany, że i rozwiązania do niego muszą być nowatorskie i że potrzebuję całkowicie nowych umiejętności. Odpowiedziałem, że jeszcze nie mam. Na to inne pytanie:

„Powiedz mi jeszcze raz czym się zajmowałeś przez ostatnie lata, jakich to wymagało od Ciebie umiejętności?”

No, to była łatwizna. Znałem na pamięć odpowiedź na to. Na każdym firmowym meetingu padało podobne pytanie: „Czym się Pan zajmuje?”.  Ja mówiłem, a ona zapisywała. Kiedy skończyłem zrobiła krótkie podsumowanie i wtedy zobaczyłem, jak uważnie byłem słuchany. A następne pytanie było przełomowe:

„Teraz przyjrzyj się tym wypisanym cechom, Twojej wiedzy i zdolnościom i powiedz mi: Które z nich będą Ci pomocne, że zrealizować Twój pomysł?”

Otworzyłem oczy szeroko ze zdumienia, bo się okazało, że wiele z tych czynników jest połączonych. Ze spotkania wyszedłem przekonany, że jestem naprawdę w stanie zrealizować swój cel, bo mam ku temu zdolności, umiejętności, wiedzę i doświadczenie. Mylnie myślałem, że coaching opiera się na sztucznym nadmuchiwaniu emocji, żeby kogoś zmotywować płytkimi określeniami: Możesz wszystko!

Kiedy dowiedziałem się, że coaching jakoś wypływa z psychologii zaniepokoiło mnie to i już chciałem zrezygnować. Po 3 spotkaniach z moją coach już widziałem pierwsze znaki poprawy u mnie. Mój umysł skupiał się na rozwiązaniach, a nie na problemie. Odkryłem i zdefiniowałem swoją głęboką, wewnętrzną motywację i zacząłem działać w zgodzie ze swoimi wartościami. Nie zrezygnowałem i współpracujemy razem do tej pory.

Rozwinąłem nie tylko własną firmę, spłaciłem długi, ale także czuję się poniekąd odrodzony. Jak się dobrze przyjrzysz mojemu zdjęciu zobaczysz, że cebula, z której wyrastają listki jest stara i stwardniała. A jednak…

Wszystkie powyższe historie zostały przerobione pod fikcyjne postaci, ale swoje źródło mają w rzeczywistości. Poruszane problemy są prawdziwe i sposób pracy nad nimi został podjęty przez moich klientów pod moim prowadzeniem zgodnym z etyką coachingu, choć historie tych osób różnią się od tych przedstawionych powyżej.

Warto wiedzieć, że coaching, jako forma pracy z ludźmi, nie nadaje się dla każdego i uczciwy coach weryfikuje to przy pierwszym spotkaniu. Coach generalnie pracuje z ludźmi zdrowymi psychicznie, którzy mają jakiś problem lub blokadę na drodze wprowadzania zmian w życie. 

 

  • Myślę, ze jestem osobą, która potrafi działać bez wsparcia. Często to ja, motywuję innych do działania.

    • Leurien

      Anna! I bardzo dobrze! Własnie takich osób potrzebuje Polska! Silnych i wspierających. Bardzo się cieszę, że wspierasz innych i oby nas było więcej. 🙂 Serce mi się rozpada na kawałki, gdy słyszę od chłopaka, który ma naście lat, że on w życiu niczego nie osiągnie. Dlatego cieszę się, gdy ktoś również działa i wspiera innych. 🙂

  • Bardzo trafione porównania.
    Nic tak nie przekonuje jak parabola 😀

    • Leurien

      Powiem szczerze, że jak zaczęłam pisać ten wpis i próbowałam opisać jak ten coaching działa to stwierdziłam, że bez przykładów to do niczego, a moi klienci nie za bardzo mieli ochotę opowiadać o swoich historiach. Bali się, że zostaną jakoś rozpoznania w internecie. Wtedy z pomocą przyszły mi moje kwiatki. 😀 😉

  • edyta

    Super metafory, ciekawe ujęcie problemu. Strefa komfortu, czasem uwiera a czasem jest cieplutka i wygodna. Ale czy rozwija? Na to pytanie warto sobie odpowiedzieć. Jeśli nie, a bardzo tego pragniemy, coaching to wg mnie najlepszy wybór. Pozdrawiam 🙂

    • Leurien

      Tak, mi bardzo pomógł rok temu. Wtedy zakochałam się w tej metodzie pracy z ludźmi. Do tej pory sama, jako Coach, korzystam z coachingu i jestem zadowolona 🙂