O NASZEJ NIEPŁODNOŚCI. BÓL OCZEKIWANIA NA DZIECKO…

Do tej pory nie wiem, jaka jest prawdziwa przyczyna naszej niepłodności. Piszę naszej, choć dotyczy w głównej mierze mnie, ale problem ten wpływa na nasze małżeństwo. Dziś będzie bardzo osobiście, ale z myślą o innych kobietach, które cierpią z powodu swojej niepłodności. Jeśli ten problem Cię dotyka mam nadzieję, że dobrniesz do końca tekstu. Wierzę, że się nie rozczarujesz.

Wybierając tytuł artykułu na kolejny dzień Tygodnia Małżeństwa najpierw chciałam napisać o praktykowaniu komunikacji w związku przez mówienie o swoich emocjach. Potem się zorientowałam, że zaplanowałam aż dwa artykuły w tym zakresie, z datami blisko siebie. W czwartym dniu akcji główny temat brzmi: Małżeństwo jest trudne. Usiadłam i się głęboko zastanowiłam, o czym chcę napisać i tak powstał ten tekst.

Kiedy mijają miesiące i nic

Nie dopuszczanie do siebie myśli o niepłodności jest pierwszym sposobem obronienia się przed tym problemem. Kiedy wychodziłam za mąż byłam pewna, że będziemy mieć dużo dzieci, bo ja zawsze chciałam mieć dużo dzieci i moja mama urodziła ich pięcioro, więc na pewno po niej odziedziczyłam płodność. Pamiętam, jak starannie uczyłam się metod planowania rodziny, prowadziłam kalendarz, zaznaczałam obserwacje, gdyż chciałam być odpowiedzialna i zajść w ciążę w odpowiednim momencie. Pamiętam, jak mówiłam mężowi, że chcę pierwsze dziecko dopiero rok po ślubie, bo zależy mi na budowaniu naszego małżeństwa. Decyzja się zmieniła, gdy dostałam umowę o pracę na czas nieokreślony, a było to dwa miesiące po naszym ślubie.

Pierwsze starania były w listopadzie 2013 roku. Na początku się tym zbytnio nie przejmowałam, że nie ma ciąży. Przecież dopiero zaczęliśmy się starać! Kiedy po 6 miesiącach nadal było nic zaczęłam się obwiniać, że źle prowadzę obserwacje i pewnie współżyjemy w złym momencie. Minęły kolejne miesiące i nic.

Szukanie pomocy na oślep

Kiedy już zaczyna dochodzić do świadomości informacja, że może być niepłodność, zaczyna się szukanie pomocy.

W wakacje wybrałam się do ginekolog. Przedstawiam sprawę pani doktor, do której poszłam wykonać badanie cytologii. Ona stwierdziła, że wyniki cytologii są dobre to znaczy, że nic się nie dzieje i trzeba dalej próbować. Nie miałam szczęścia do ginekologów. Kiedy chciałam ponownie umówić wizytę z tą samą osobą musiałabym czekać ponad pół roku. W konsekwencji za każdym razem trafiałam do innego lekarza, ale żaden nie wykazał chęci zajęcia się moim problemem na poważnie. Żaden nawet nie chciał spojrzeć na moje prowadzenie kalendarza. Nawet nie byłam pewna czy dobrze go prowadzę. Koszmar z lekarzami w Polsce trwał tylko jeden rok. W tym czasie żaden z ginekologów nie sprawdził mojego kalendarza cyklu, nie zrobił mi USG jajników, ani nie wysłał na badanie podstawowych hormonów biorących udział w procesie jajeczkowania. W tym czasie moja świadomość typowych procesów, jakie odbywają się w ciele kobiety podczas całego cyklu miesięcznego, był na poziomie niemalże zerowym.

Wyrok: Wysoki stopień niepłodności

Kiedy trafiasz do lekarza, który wreszcie się Tobą interesuje, budzi się nadzieja.

W kilka miesięcy po przeprowadzce do Ekwadoru, razem z mężem poszliśmy do poleconego lekarza ginekologii. Było to już 1,5 roku starań. To był pierwszy ginekolog, który sprawdził moje karty cyklu i już na tej podstawie stwierdził, że nie ma owulacji. Wysłał na badanie hormonów oraz USG macicy i jajników. Okazało się, że mam niewłaściwe wyniki hormonów, szczególnie niepokojąca się okazała wysoka prolaktyna, ponad 53 jednostki. I niskie wartości progesteronu oraz dwóch innych hormonów. Zaczęłam przyjmować Diostinex (0,5 grama carboglobuliny). Źle reagowałam na samą tabletkę, ale po 3 miesiącach prolaktyna się obniżyła.

Jaka radość! Na reszcie poszliśmy z tematem do przodu. Dalej przyjmowałam tabletki. Jedna raz w tygodniu. Po 8 miesiącach powrót do ginekologa i badania. Lekarz, który wykonywał USG powiedział, że lewy jajnik wykazał aktywność i że była owulacja. Obudziła się nadzieja i radość, ale gdzieś głęboko niedowierzanie. Wyniki hormonów zniszczyły wszystko. Pomimo prawidłowej wartości prolaktyny, inne hormony świadczyły o tym, że  jajeczko nie miało prawa dojrzeć! A więc nawet jeśli było jajeczkowania to nie było płodności.

Wtedy zapadł wyrok: Ma Pani niecałe 2% szans, by zajść w ciążę.

Propozycja złożona przez lekarza była ciężka, jak ołów: naładowanie mojego ciała na siłę dawkami hormonów i jeśli po 3 miesiącach nic nie wyjdzie to już tylko in-vitro. Koszt tego rozwiązania ok. 10 tys. polskich złotych. I oczywiście nie chciałam i dalej nie chce żadnego in-vitro! kiedy usłyszałam wyrok poczułam się fatalnie, jakby ktoś zgasił tlący się płomień nadziei. Zaczął się czas walki.

Trudne emocje i próba wiary

2% szans u lekarza, to dla Boga nieskończoność szans

Po tej diagnozie, która w sumie nic mi nie mówiła, poza tym, że mam problem z hormonami, wysiadłam psychicznie. Uciekałam w działania on-line, często płakałam, wściekałam się kiedy przychodziła menstruacja, nie mogłam patrzeć na małe dzieci, nawet nie mogłam patrzeć na ubranka niemowlaków, bo od razu wpadałam w płacz. Dopadała mnie apatia, zniechęcenie, chodziłam rozdrażniona.

Ile razy wykrzykiwałam Bogu, że to niesprawiedliwe! Że dlaczego ja? Ile razy wściekałam się na Niego, że daje dzieci ludziom nieodpowiedzialnym, rodzicom, którzy biją i znęcają się nad dziećmi albo je zabijają! Z tego powodu przestałam czytać wiadomości. I do tej pory nie wiem, co się dzieje w Polsce czy na świecie. Byłam obrażona na Boga, bo nawet nie pomogło odprawienie Nowenny Pompejańskiej. Miałam wtedy czas posuchy wewnętrznej,  ciemności, wątpliwości w wierze, uciekałam przed modlitwą…

Ten stan trwał, aż do pojechania na rekolekcje w listopadzie 2016 r. To mi pomogło ponownie zaufać Jezusowi i moja wiara zaczęła się odbudowywać. Przez chmurę ciężkich i negatywnych myśli przebijało słońce łaski. Zaczęłam ponownie wierzyć, że będę w ciąży. 

Walka na własną rękę i naturalne metody

Kiedy specjalista przeczy specjaliście, wytwarza się chaos informacyjny i jeszcze trudniej podjąć decyzję, którędy iść.

Mam naturę wojownika, dlatego na własną rękę zaczęłam szukać sposobów, żeby sobie poradzić z problemem mojej niepłodności. Nie chciałam wracać do tego ginekologa. Poszliśmy z mężem do endokrynologa, który zbadał mi ponownie prolaktynę. Byłam jakiś czas po odstawieniu leków, bo wg. ginekologa prolaktyna miała się ustabilizować. Nie  uregulowała się, a była jeszcze wyższa niż poprzednio. Niestety lekarz ten, choć jest dobry, miał tak dużo pacjentów, że udało mi się być u niego tylko dwa razy.

Zaczęłam szukać pomocy próbując naturalnych metod. Do tej pory przeczytałam 2 książki o leczeniu niepłodności naturalnymi metodami, niesamowitą ilość artykułów, sięgałam porad specjalistów medycyny chińskiej, brałam udział w webinarach o niepłodności, czytałam inspirujące historie kobiet, którym się udało. Podejmowałam różne diety: paleo, chińską, bez mięsa czerwonego, bez mleka, bez cukru, dr Dąbrowskiej. Jedne zalecenia przeczyły innym. Wydałam mnóstwo pieniędzy na produkty, które miały mi pomóc. Robiłam afirmacje: Jestem płodna. Mam wielką moc dania życia. Kocham moje dziecko. Ile razy fałszywie odczytywałam fałszywe sygnały mojego ciała myśląc, że jestem w ciąży! I potem to gorzkie rozczarowanie…

Po tym wszystkim podjęliśmy kolejną próbę u innego endokrynologa. Kolejne badanie prolaktyny. Wartość 68 jednostek. Rezonans magnetyczny i badanie przysadki mózgowej. Podejrzenie guza. Dziękować Bogu wszystko wyszło dobrze, ale lekarz nie był wstanie wskazać przyczyny wysokiej prolaktyny. Kazał ponownie brać lekarstwo, aż znajdę w ciążę. Na wizytę z nim przynieśliśmy całą historię badań moich hormonów. Lekarz ten powiedział, że według niego mogłam zajść w ciąże z tymi wynikami, które całkowicie zanegował ginekolog! I znowu lekarz przeczy lekarzowi. Miałam w sobie za dużo chaosu i nie wiedziałam, co robić.

Wsparcie męża, czyli o naszej niepłodności

Mój mąż modli się o dziecko i poprosił, żebym tego nie robiła…

Przez cały ten czas mój mąż bardzo mnie wspierał i cały czas to robi. On nigdy na mnie nie naciskał, za co byłam i jestem mu wdzięczna. Umiał grzecznie i z taktem odpowiadać na pytania o dzieci. Najbardziej nie znoszę, gdy obca mi osoba pyta mnie o ilość dzieci… Najgorsze jest to, że w Ekwadorze robią to ludzie, którzy pierwszy raz widzą nas na oczy! Teraz już mnie to nie wyprowadza z równowagi i odpowiadam: Kiedy Bóg da to będą. Właśnie mąż mnie nauczył takiej odpowiedzi.

Mój mąż cierpliwie znosił moje wybuchy płaczu, złości, krzyki. Mój małżonek bardzo dużo się modli za mnie i nawet, żebym nie myślała o tym, że nie ma dziecka, powiedział, że on będzie Boga prosił o ten dar. Daje mi dużo przestrzeni, żebym mogła zająć się sobą i pracować nad swoim nastawieniem. Wiem, że on też cierpli, z powodu braku dziecka. Mimo to znosi to dzielnie.

Mamy inne podejście do adopcji dziecka. Ja bym chciała już adoptować, a on uważa, że pierwsze dziecko powinno być urodzone, a drugie możemy adoptować. Czasami było to powodem naszych sprzeczek, ale doszliśmy do porozumienia w tej kwestii. Oboje zdroworozsądkowo stwierdziliśmy, że nie możemy w obecnej sytuacji adoptować dziecko. Oboje mamy pracę, która nie przynosi stałych dochodów i nie podjęliśmy ostatecznej decyzji, gdzie chcemy zamieszkać na stałe.

Praca nad sobą i nadzieja na przyszłość

Ostatni rok był dla nas szczególnie ciężki. Od wielu lat pracuję nad świadomym dbaniem o zdrowie, właściwym odżywianiem, odpowiednią dawką aktywności fizycznej, suplementacją witaminami i minerałami. Pomimo tego, aż do października nic nie zrobiliśmy w sprawie leczenia niepłodności, bo ciągle byłam chora: najpierw bakteria w przewodzie pokarmowym, potem zapalenie pęcherza, grypa i angina, jedna po drugiej, a w maju siadł mi kręgosłup totalnie. Rehabilitacja, fizjoterapia, ćwiczenia na kręgosłup, basen. Moje życie zostało wywrócone do góry nogami. Realnie patrzyliśmy na to, co się dzieje i oboje stwierdziliśmy, że nie jest to odpowiedni czas, by pojawiła się ciąża. A raczej przerażało nas, że dziecko mogłoby się rozwijać w tak osłabionym organizmie. 

Pomimo, że ten czas był trudny nastąpił przełom w moim myśleniu. Odpuściłam sobie totalnie. Dużo pracowałam nad sobą w kwestii reagowania na widok małych dzieci czy kobiet w ciąży. W tym czasie dwie moje przyjaciółki urodziły, a jedna była w ciąży. Nie chciałam, by źle się czuły przy mnie, z tego powodu, że one mają dzieci, a ja jeszcze nie. Najtrudniej było w kwietniu, kiedy skończyłam 30 lat. Ciągle miałam w głowie, że dzieci to trzeba rodzić do trzydziestki, bo potem to są same komplikacje albo dzieci się rodzą chore. Przerobiłam kwestię, że nie chcę mieć dzieci, ale chcę być mamą. Wcześniej nie widziałam różnicy. To jest naprawdę duży krok do przodu.

Poza tym wierzę mocno, że Bóg da nam dzieciątko w odpowiednim momencie. Regularnie uczestniczę w Mszach Świętych z modlitwą o uzdrowienie, w specjalnym błogosławieństwie macicy i jajników dla kobiet chcących być mamami, w osobistych błogosławieństwach przeznaczonych specjalnie dla starających się małżeństw. Dbam o rozwój duchowy i wyciszam się na modlitwie medytując Pismo Święte. Bardzo mi to pomaga. Ta intymna i tylko moja relacja z Jezusem Miłosiernym, który mnie przytula do Swojego Serca i szepcze do ucha: Nie bój się. Wierz tylko.

Zamieniłam nastawienie i z tym weszłam w 2018 rok. Aktualnie mogę śmiało powiedzieć, że żyjemy ze sobą bardzo dobrze, kochamy się i jesteśmy szczęśliwi, pomimo tego, że nie ma dziecka. Nigdy żadne z nas nie oskarżało drugiego o to, że jesteśmy bezdzietni. Poszerzyłam swoją wiedzę odnośnie tego, co się dzieje w ciele kobiety podczas całego cyklu. Ta samoświadomość daje pokój i pewność, że prawidłowo odczytuję moje ciało, o które z radością dbam. Moja wiara jest mocniejsza, a ja spokojniejsza i radosna. Czuję się wolna! I jestem pełna nadziei. Życzę Ci tego z całego serca. Nie szybkiego zostania rodzicem, lecz wolności, pokoju i miłości, które sprawią, że będziesz dobrym rodzicem.